Pobudka o 6. I chyba tak zostanie...
Bierzemy taxi za 180 pesos czyli jakieś 10 usd czyli 37zł. (nie wiem czy pisałam, odległość od nas jakieś 15 min. i trochę w korkach).
Jedziemy na plażę do poleconej przez Paulinę miejscówki o nazwie Aura Beach Club.
Aura jest ok, ale nie tak ładnie jak przy La Zebra. Plus, że szerokie leżaki i daszek.
Natomiast Aura jest tańsza niż La Zebra, napoje i jedzenie można zamówić, porcje nie za duże. No cóż...
Chronimy się przed silnym słońcem.
Myślę sobie, że tutaj najlepiej spędzać czas rano na basenie a dopiero potem na plaży.
Jest bardzo przyjemnie ale nie tak jak po godz. 15 kiedy powoli zbliża się słońce ku zachodowi.
Mały zasuwa po piachu, Zosia buduje zamki.
Ja ide na spacer.
Potem masaż (50usd)… tak, tak. W końcu.. tyle, że w akopaniamencie płaczu Leonarda, bo kiedy poszłam na masaż on się obudził i wszystko słyszę.
Totalny relaks, taaak.
Wychodzę z tego masażu i widzę, ludzi brak, chyba wszyscy pouciekali :D
Strasznie silny wiatr, ten drobny fantastyczny piaseczek wbija się we wszystkie zakamarki. Tego właśnie w piachu nie lubię.
Ale z drugiej strony ta przyroda tutaj jest naprawdę cudna. Aż chciałoby się spędzić przynajmniej jedną noc na plaży….